Na żywo

Kreml chce, żebyśmy się nienawidzili. Czy polskie i ukraińskie osoby LGBT+ są kolejnym celem?

Fot. Inna Kapturevska/ Pexels

4 lipca, 2026

Nie trzeba czołgów, rakiet ani żołnierzy. Nie trzeba nawet przekonać Polaków, żeby zaczęli popierać Putina. Wystarczy sprawić, żebyśmy przestali ufać sobie nawzajem. Polacy Ukraińcom. Ukraińcy Polakom. Osoby LGBT+ reszcie społeczeństwa. A w końcu – żebyśmy zaczęli zwalczać się również między sobą.
Wystarczy dziś wejść na Facebooka, X czy TikToka, żeby zobaczyć, jak bardzo zmieniła się atmosfera wokół relacji polsko-ukraińskich. Jeszcze niedawno świat patrzył na ogromną falę solidarności Polaków z ludźmi uciekającymi przed rosyjskimi bombami. Dzisiaj coraz częściej widzimy agresję, wzajemne oskarżenia i komentarze pełne zwykłej nienawiści. Czy wszystkie te emocje są sztucznie wywołane? Oczywiście, że nie. Polska i Ukraina mają trudną historię, własne interesy i nierozwiązane problemy. Polacy mają prawo krytykować ukraińskie władze. Ukraińcy mają prawo krytykować Polskę. Byłoby jednak skrajną naiwnością sądzić, że nikt nie próbuje wykorzystać narastającego konfliktu. Polskie władze i służby od dawna ostrzegają przed rosyjskimi operacjami informacyjnymi, których celem jest pogłębianie niechęci między Polakami i Ukraińcami. Kreml doskonale rozumie, że nie musi przekonać nas do Putina. Znacznie łatwiej będzie przekonać Polaków, że największym zagrożeniem jest Ukrainiec mieszkający obok, a Ukraińców – że Polska nigdy nie była ich prawdziwym sojusznikiem. W tej grze szczególnie niebezpiecznym narzędziem może stać się temat LGBT+. Bo niewiele spraw równie łatwo wywołuje strach, gniew i społeczne konflikty. LGBT+ od dawna jest bronią w arsenale Kremla Rosyjska propaganda od lat przedstawia osoby LGBT+ jako dowód rzekomego upadku Zachodu. Europa ma być słaba, zdemoralizowana i opanowana przez „ideologię LGBT”. Ukraina, która chce należeć do europejskiej wspólnoty, przedstawiana jest natomiast jako kraj, który zdradził własną tradycję i podporządkował się zachodniemu „homoseksualnemu lobby”. Można się z tego śmiać. Problem w tym, że propaganda nie musi być szczególnie inteligentna. Musi trafić w emocje i uprzedzenia odbiorców. W samej Rosji konsekwencje tej polityki są dramatyczne. Organizacje LGBT+ zostały zmuszone do zejścia do podziemia, aktywiści są prześladowani, a rosyjskie państwo uznało „międzynarodowy ruch LGBT” za organizację ekstremistyczną. Jednocześnie dokładnie ten sam temat wykorzystywany jest w propagandzie skierowanej przeciwko Ukrainie. Rosyjskie przekazy przedstawiały Ukrainę jako państwo rzekomo opanowane przez „ideologię LGBT”. Pojawiały się historie o homoseksualizacji ukraińskiej armii, o Zachodzie uzależniającym pomoc dla Kijowa od wprowadzania praw dla mniejszości seksualnych czy o Unii Europejskiej zmuszającej Ukraińców do porzucenia tradycyjnych wartości. Absurd? Oczywiście. Ale nie przypadek. Fałszywe media, przejęte konta i miliony odbiorców Kiedy mówi się o rosyjskiej propagandzie, natychmiast pojawia się argument, że znowu wszędzie widzimy agentów Kremla, boty i trolle. Tyle że rosyjskie operacje wpływu nie są teorią spiskową. One naprawdę istnieją. Jednym z najlepiej udokumentowanych przykładów jest operacja „Doppelgänger”. Jej twórcy budowali fałszywe strony internetowe łudząco przypominające znane europejskie media. Kopiowano logotypy, wygląd portali i sposób prezentowania wiadomości. Na takich stronach publikowano spreparowane artykuły, które następnie rozpowszechniano w mediach społecznościowych. Przeciętny użytkownik widział nazwę znanego medium, znajomą szatę graficzną i informację przygotowaną tak, żeby wywołać strach albo gniew. Niewielu ludzi sprawdzało adres strony i zastanawiało się, kto naprawdę stoi za publikacją. Cel? Osłabienie poparcia dla Ukrainy, podważenie zaufania do demokratycznych instytucji i przekonanie Europejczyków, że pomoc Ukraińcom odbywa się ich kosztem. Jeszcze innym przykładem jest operacja „Ghostwriter”. W jej ramach przejmowano konta polityków i przedstawicieli instytucji publicznych, a następnie wykorzystywano je do rozpowszechniania fałszywych informacji i pogłębiania konfliktów wewnątrz państw Europy Środkowo-Wschodniej. Rosja nie zawsze potrzebuje jednak skomplikowanych operacji. Czasami wystarczy zwykła plotka. Po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny internet zalały historie o Ukraińcach, którzy rzekomo dostają luksusowe mieszkania, ogromne świadczenia, pierwszeństwo do lekarzy i żyją na koszt Polaków. Pojawiały się zmanipulowane informacje o eksplozji przestępczości powodowanej przez uchodźców oraz o polskim państwie, które rzekomo bardziej troszczy się o obywateli Ukrainy niż o własnych. Nie trzeba nawet wymyślać wszystkiego od początku. Najskuteczniejsza propaganda często bierze prawdziwy problem, dodaje do niego odpowiednio dobrane kłamstwo i wypuszcza całość do internetu. Resztę robią użytkownicy mediów społecznościowych. Najbardziej niebezpieczna sztuczka? Kreml może grać po obu stronach Wiele osób wyobraża sobie propagandę bardzo prosto. Rosja ma jakiś pogląd i próbuje przekonać do niego jak największą liczbę ludzi. W rzeczywistości znacznie skuteczniejszą metodą może być jednoczesne podsycanie dwóch przeciwnych stron konfliktu. Jednym odbiorcom można pokazywać osoby LGBT+ jako zagrożenie dla społeczeństwa. Innym podsuwać najbardziej radykalny i prowokacyjny przekaz publikowany rzekomo w obronie społeczności queer. Polakom można opowiadać o niewdzięcznych i roszczeniowych Ukraińcach. Ukraińcom – o Polakach, którzy ich nienawidzą, wykorzystują i nigdy nie byli prawdziwymi sojusznikami. To wcale nie jest sprzeczność. Celem nie musi być zwycięstwo jednej ze stron. Znacznie ważniejsze jest doprowadzenie do sytuacji, w której ludzie przestają sobie ufać i zaczynają traktować sąsiadów jak wrogów. I tutaj dochodzimy do czegoś jeszcze bardziej niebezpiecznego. To już nie propaganda. To wojna o ludzki umysł. Jeszcze kilkanaście lat temu mówiliśmy przede wszystkim o propagandzie i wojnie informacyjnej. Dzisiaj coraz częściej pojawia się inne określenie „wojna kognitywna”. Brzmi jak termin z wojskowego podręcznika. W rzeczywistości dotyczy każdego z nas. W klasycznej wojnie celem jest zniszczenie armii i infrastruktury przeciwnika. Cyberatak może sparaliżować sieci komputerowe albo wykraść dane. Dezinformacja próbuje natomiast przekonać odbiorców, że fałszywa wiadomość jest prawdziwa. Wojna kognitywna idzie znacznie dalej. Polem bitwy staje się ludzki umysł. Nie chodzi już tylko o to, żebyśmy uwierzyli w konkretne kłamstwo. Chodzi o stopniową zmianę sposobu, w jaki postrzegamy rzeczywistość i innych ludzi. Najskuteczniejsza rosyjska operacja nie musi przekonać Polaków, że Rosja jest naszym przyjacielem. Byłoby to zresztą niezwykle trudne. Znacznie łatwiej doprowadzić do sytuacji, w której Polacy przestaną ufać Ukraińcom, Ukraińcy Polakom, społeczeństwo mediom, obywatele państwu, a ludzie swoim sąsiadom. W takim świecie prawda przestaje mieć znaczenie. Każda informacja może być kłamstwem. Każdy dziennikarz może być propagandystą. Każdy polityk zdrajcą. Każdy sąsiad potencjalnym wrogiem. Społeczeństwo pogrążone w takim chaosie zaczyna niszczyć się samo. I właśnie dlatego media społecznościowe stały się idealnym polem bitwy. Największe zasięgi zdobywają tam nie spokojne analizy, ale treści wywołujące wściekłość. Im bardziej radykalny przekaz, tym większa szansa, że ktoś go skomentuje, prześle znajomym albo udostępni. Najbardziej przerażające jest jednak coś innego. Człowiek może stać się uczestnikiem takiej operacji, nawet o tym nie wiedząc. Nie musi być rosyjskim agentem ani dostawać pieniędzy z Moskwy. Może szczerze nienawidzić Putina, a jednocześnie rozpowszechniać przygotowane przez rosyjską machinę wpływu treści. Wystarczy jedno kliknięcie. Czy następnym celem będą polskie i ukraińskie osoby LGBT+? Wyobraźmy sobie teraz, że podobny mechanizm zostaje wykorzystany do skłócenia społeczności LGBT+ z Polski i z Ukrainy. Nie potrzeba wielkiej operacji wywiadowczej. Wystarczy prawdziwy konflikt między kilkoma osobami, kontrowersyjna wypowiedź aktywisty, nagranie z Marszu Równości wyrwane z kontekstu albo informacja o dotacji otrzymanej przez organizację pomagającą ukraińskim uchodźcom. Potem ktoś dopisuje historię. Ukraińskie osoby LGBT+ są w Polsce uprzywilejowane. Polskie organizacje wolą pomagać Ukraińcom niż Polakom. Pieniądze przeznaczone dla polskiej społeczności trafiają do uchodźców. Po drugiej stronie można uruchomić zupełnie przeciwny przekaz: polskie organizacje wykorzystują ukraińskich uchodźców do zdobywania grantów, Polacy są homofobami, a cała pomoc dla osób queer z Ukrainy była wyłącznie propagandowym przedstawieniem. Czy takie historie muszą być prawdziwe? Nie. Wystarczy, że trafią w istniejące emocje, konflikty i poczucie krzywdy. Jeszcze niedawno razem pomagaliśmy ludziom uciekającym przed wojną Po rozpoczęciu rosyjskiej agresji polskie organizacje LGBT+ pomagały osobom queer uciekającym z Ukrainy. Szukano mieszkań, organizowano wsparcie prawne i psychologiczne, tworzono miejsca, w których uchodźcy mogli czuć się bezpiecznie. Oczywiście nie wszystko było idealne. Pojawiały się konflikty, błędy i wzajemne pretensje. Istniały różnice kulturowe i polityczne. To normalne. Niebezpieczeństwo zaczyna się wtedy, gdy ktoś próbuje wykorzystać prawdziwe problemy do stworzenia przekonania, że Polacy i Ukraińcy – także wewnątrz społeczności LGBT+ – muszą być wrogami. Kreml nie musi przekonać polskiego geja, żeby popierał Putina. Wystarczy, że wmówi mu, iż ukraiński gej jest jego konkurentem. Nie musi przekonać ukraińskiej kobiety transpłciowej, że Rosja ma rację. Wystarczy zasiać w niej przekonanie, że polska społeczność LGBT+ jest jej wrogiem. Jeżeli ludzie, którzy jeszcze niedawno wspólnie pomagali ofiarom rosyjskiej agresji, zaczną dzisiaj zwalczać się w internecie, ktoś osiągnie swój cel. Na pewno nie będą to Polacy ani Ukraińcy. Nie każdy krytyk Ukrainy jest rosyjskim agentem W tym miejscu trzeba postawić wyraźną granicę. Nie każda krytyka Ukrainy jest rosyjską propagandą. Nie każdy antyukraiński wpis został napisany przez trolla. Nie każda osoba krytykująca organizacje LGBT+ jest agentem Kremla. Polacy i Ukraińcy mają prawo się ze sobą nie zgadzać. Mamy prawo rozmawiać o Wołyniu, polityce historycznej, kosztach pomocy dla Ukrainy, migracji i błędach popełnianych przez rządy obu państw. Tak samo społeczność LGBT+ ma prawo rozmawiać o działalności organizacji, publicznych pieniądzach, grantach i błędach aktywistów. Niebezpieczeństwo zaczyna się gdzie indziej. Gdy jeden przypadek staje się dowodem winy całego narodu. Gdy wypowiedź pojedynczego ukraińskiego aktywisty ma dowodzić, że „wszyscy Ukraińcy tacy są”. Gdy konflikt z jedną polską organizacją ma przekonać ukraińskie osoby queer, że Polska jest ich wrogiem. Wtedy warto zadać sobie pytanie, którego w internetowych awanturach prawie nikt nie zadaje: Kto na tym korzysta? Największe zwycięstwo Kremla? Kiedy sami wykonamy za niego całą pracę Odpowiedź na pytanie, kto korzysta na narastającej wrogości między Polakami i Ukraińcami, nie jest szczególnie trudna. Najskuteczniejsza propaganda to przecież taka, której po pewnym czasie nie trzeba już prowadzić. Wystarczy podrzucić odpowiedni temat, uderzyć w istniejące emocje i poczekać. Resztę zrobią ludzie, którzy zaczną rozpowszechniać niesprawdzone informacje, podsycać konflikty i niszczyć zaufanie budowane przez lata. Społeczność LGBT+ powinna rozumieć ten mechanizm szczególnie dobrze. Przez lata widzieliśmy, jak z pojedynczych wydarzeń budowano nagonki na całe środowisko. Jak manipulowano wypowiedziami, wycinano fragmenty nagrań z kontekstu i próbowano przekonać społeczeństwo, że za każdym rogiem czai się niebezpieczna „ideologia LGBT”. Dzisiaj podobny mechanizm może zostać wykorzystany do pogłębiania niechęci między Polakami i Ukraińcami. Również wewnątrz naszej społeczności. Nie oznacza to, że mamy przestać mówić o problemach. Nie oznacza, że nie wolno krytykować Ukrainy, polskiego rządu, organizacji LGBT+ czy sposobu wydawania publicznych pieniędzy. Wręcz przeciwnie. Demokracja bez krytyki nie istnieje. Ale czym innym jest krytyka, a czym innym nienawiść. Czym innym jest rozmowa o konkretnym problemie, a czym innym obarczanie odpowiedzialnością całego narodu. I czym innym jest spór między ludźmi, a czym innym świadome lub nieświadome uczestnictwo w wojnie, której celem jest zniszczenie zaufania między nimi. Być może właśnie to jest najważniejsza rzecz, którą powinniśmy dzisiaj zrozumieć. Rosja nie musi przekonać Polaków i Ukraińców do Putina. Nie musi sprawić, żebyśmy polubili Kreml. Nie musi nawet przekonać nas do swojej wersji wydarzeń. Wystarczy, że sprawi, że przestaniemy ufać sobie nawzajem. A wtedy całą resztę zrobimy już sami.

Oceń ten post

Na topie

Niewiele osób wie, że w Polsce działa wiele organizacji, które na co dzień wspierają osoby LGBTQ+ w różnych obszarach, takich jak pomoc...

Pamiętacie ten czas? Gdy kolejne miasta ogłaszały się „wolne od LGBT”? Gdy Marsze Równości otaczały policyjne kordony? Gdy osoby LGBTQ+ przedstawiano jako...

Kilka miesięcy temu Naczelny Sąd Administracyjny wydał przełomowe orzeczenia i umożliwił transkrypcję zagranicznych małżeństw osób tej samej płci do polskich aktów stanu...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *