
Pamiętacie ten czas? Gdy kolejne miasta ogłaszały się „wolne od LGBT”? Gdy Marsze Równości otaczały policyjne kordony? Gdy osoby LGBTQ+ przedstawiano jako „ideologię”, a nie ludzi? Gdy wielu z nas bało się nie tylko wyjść na ulicę z tęczową flagą, ale nawet napisać w internecie, co naprawdę myśli?
To nie był tylko spór polityczny. To były lata, w których próbowano odebrać nam coś znacznie cenniejszego niż kolejne prawa. Próbowano odebrać nam głos. Jedni robili to z mównicy sejmowej. Inni z telewizyjnych studiów. Jeszcze inni przy pomocy kancelarii prawnych i pozwów. Bo nie trzeba nikogo skazać, żeby go uciszyć. Czasami wystarczy zmusić go do kilkuletniej walki w sądzie.
Wystarczy sprawić, żeby każdy kolejny artykuł, każdy post na Facebooku, każdy wywiad czy reportaż rodził pytanie: „A jeśli znowu mnie pozwą?
To właśnie dlatego nowa ustawa anty-SLAPP może być jedną z najważniejszych zmian dla wolności słowa w Polsce od wielu lat. Nie sposób mówić o niej bez przypomnienia wydarzeń, które na zawsze pozostaną symbolem tamtych lat.
Ponad sto polskich samorządów przyjmowało uchwały wymierzone „ideologię LGBT”. Choć ich treść była różna, dla tysięcy osób miały jeden przekaz: „Nie jesteście tutaj mile widziani”. Dopiero po latach kolejne sądy administracyjne uchylały te uchwały, a ostatnie z nich przestały obowiązywać. Dla wielu młodych ludzi nie była to abstrakcyjna debata. To był sygnał wysłany przez państwo i samorządy. Sygnał, że ich godność może stać się przedmiotem politycznej walki.
W ostatnich latach osoby walczące o prawa człowieka wielokrotnie trafiały do sądów. Aktywistki oskarżane po rozwieszeniu wizerunków Matki Boskiej z tęczową aureolą. Organizacje społeczne pozywane za krytyczne wypowiedzi. Dziennikarze opisujący przypadki dyskryminacji. Nie wszystkie te sprawy były klasycznymi pozwami typu SLAPP. Ale wszystkie pokazywały jedno – jak łatwo postępowanie sądowe może stać się ciężarem dla ludzi, którzy działają w interesie publicznym.
A przecież większość organizacji LGBTQ+ nie dysponuje sztabem prawników ani milionowymi budżetami. Każdy proces oznacza czas, stres i pieniądze, których brakuje na pomoc psychologiczną, wsparcie młodzieży czy działania edukacyjne.
Jeżeli myślisz, że nowe przepisy dotyczą wyłącznie dużych organizacji pozarządowych, jesteś w błędzie. Chronić mają także nauczycielkę, która staje w obronie ucznia prześladowanego z powodu orientacji seksualnej. Lekarza mówiącego o potrzebach osób transpłciowych. Rodziców walczących o godność swojego dziecka. Lokalnego dziennikarza opisującego homofobiczny incydent. Każdego, kto bierze udział w debacie publicznej. Bo demokracja nie kończy się na prawie do głosowania. Demokracja to także prawo do zadawania niewygodnych pytań.
Nie oszukujmy się. Jedna ustawa nie sprawi, że nagle zniknie homofobia. Nie sprawi, że w Polsce automatycznie pojawi się równość małżeńska. Nie zakończy dyskusji o związkach partnerskich. Nie rozwiąże problemu przestępstw z nienawiści. I nie usunie z dnia na dzień wszystkich przepisów, które – zdaniem wielu organizacji – nadal mogą być wykorzystywane przeciwko dziennikarzom i aktywistom. Nawet autorzy nowych przepisów podkreślają, że potrzebne są dalsze reformy, m.in. dotyczące zniesławienia w prawie karnym.
Ale ta ustawa wysyła ważny sygnał. Państwo zaczyna dostrzegać, że sąd nie może być narzędziem do uciszania obywateli. Społeczność LGBTQ+ nigdy nie walczyła o przywileje. Walczyła o to, by móc żyć bez strachu. Kochać bez strachu. Pracować bez strach i mówić bez strachu.
Nowa ustawa nie daje nikomu immunitetu za kłamstwo czy pomówienie. Daje natomiast nadzieję, że coraz trudniej będzie wykorzystywać proces sądowy jako broń przeciwko ludziom, którzy mają odwagę mówić o dyskryminacji, przemocy i nierównym traktowaniu.
Bo historia ostatnich lat nauczyła nas jednego: milczenie nigdy nie było rozwiązaniem. I właśnie dlatego tej ustawy potrzebowaliśmy.
Jedna odpowiedź
Bardzo dobry i potrzebny artykuł.