Przez lata w polskiej przestrzeni politycznej dominowało przekonanie, że kwestia praw osób LGBT+ to wyłącznie nasza wewnętrzna sprawa. Stanowisko to często jest popierane argumentem, że przecież Unia nie ma takich kompetencji, żeby wchodzić w prawo rodzinne, definicję małżeństwa czy zasady uznawania związków jednopłciowych. Tylko że z każdym kolejnym rokiem coraz trudniej go obronić. Szczególnie patrząc na to, co się faktycznie dzieje w europejskich sądach. Do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dołączył właśnie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
Najnowsze orzeczenia TSUE – dotyczące Polski i Węgier – pokazują, że zaczyna się budować system ochrony, państwa członkowskie nie będą mogły tak po prostu zignorować, chowając się za tradycją, suwerennością czy własną konstytucją.
Przez ponad dwadzieścia lat polska polityka w sprawie związków jednopłciowych opierała się na strategii, która z perspektywy kolejnych rządów wydawała się całkiem bezpieczna. Nie trzeba było wprowadzać małżeństw. Nie trzeba było uchwalać ustawy o związkach partnerskich. Każdą poważniejszą dyskusję można było zablokować jednym argumentem: konstytucyjna ochrona małżeństwa, brak społecznego konsensusu, są ważniejsze problemy. Rządy się zmieniały. Większości parlamentarne też. Prezydenci również. Mimo to sytuacja prawna tysięcy par pozostawała taka sama. Ludzie, którzy żyli ze sobą kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, dla polskiego państwa wciąż byli formalnie obcy. Niezależnie od tego, czy wspólnie wychowywali dzieci, spłacali kredyt, budowali majątek, opiekowali się sobą w chorobie. Niezależnie od tego, czy ich życie wyglądało dokładnie tak samo jak życie innych rodzin. Długo mogło się wydawać, że taki stan da się utrzymać w nieskończoność. Problem w tym, że sprawami, których nie chciał rozwiązać ustawodawca, zaczęły zajmować się sądy. A ludzie pozbawieni ochrony prawnej szukali jej nie tylko w Polsce, ale też w Strasburgu i Luksemburgu.
Dzisiaj można powiedzieć, że właśnie tam toczy się jedna z najważniejszych prawnych batalii o przyszłość osób LGBT+ w Europie. Europejski Trybunał Praw Człowieka nie stworzył obowiązku uznawania związków jednopłciowych jednym spektakularnym wyrokiem. To była stopniowa zmiana. Orzeczenie za orzeczeniem. Każde przesuwało granicę ochrony życia prywatnego i rodzinnego.
Jednym z ważniejszych momentów była sprawa Schalk i Kopf przeciwko Austrii. Trybunał uznał wtedy, że stabilny związek osób tej samej płci może być „życiem rodzinnym” chronionym przez artykuł 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Dzisiaj brzmi to oczywisto. Ale wtedy oznaczało poważną zmianę – wcześniej takie pary widziano głównie przez pryzmat ochrony życia prywatnego.
Kolejnym ważnym wydarzeniem była sprawa Vallianatos i inni przeciwko Grecji. Chodziło o grecki związek partnerski, dostępny tylko dla par różnopłciowych. Wielka Izba ETPCz uznała, że to dyskryminacja. I pokazała, że jeśli państwo tworzy jakąś formę prawnego uznania związku – alternatywną wobec małżeństwa – nie możnae automatycznie wykluczać z niej osób homoseksualnych.
Prawdziwy przełom to sprawa Oliari i inni przeciwko Włochom. W tej sytuacji Trybunał uznał, że całkowity brak możliwości prawnego uznania i ochrony związków jednopłciowych może naruszać artykuł 8 Konwencji.
Trudno przecenić znaczenie tego wyroku. Dyskusja przestała się kręcić wokół pytania, czy państwo dyskryminuje osoby LGBT+ w dostępie do istniejących instytucji. Pojawiło się coś poważniejszego: pozytywny obowiązek państwa, żeby stworzyć ramy prawne pozwalające na rzeczywistą ochronę życia rodzinnego.
Tę linię rozwinęła potem sprawa Fedotova i inni przeciwko Rosji. Wielka Izba potwierdziła, że państwo ma obowiązek zapewnić parom jednopłciowym odpowiednie ramy prawne. I właśnie na tle tej wieloletniej ewolucji trzeba patrzeć na wyrok w sprawie Przybyszewska i inni przeciwko Polsce.
12 grudnia 2023 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że Polska naruszyła artykuł 8 Konwencji. Powodem był brak odpowiednich przepisów dla związków osób tej samej płci
Sprawa dotyczyła pięciu par. Ale znaczenie wyroku oczywiście wykraczało daleko poza ich indywidualną sytuację. Warto to mocno podkreślić: Trybunał nie nakazał Polsce wprowadzenia małżeństw jednopłciowych. Wokół tego narosło mnóstwo nieporozumień. Strasburg zostawił państwu swobodę wyboru formy regulacji. Ale jednocześnie zakwestionował możliwość dalszego utrzymywania stanu, w którym związki osób tej samej płci pozostają poza jakimikolwiek ramami prawnymi.
Z punktu widzenia prawnika to rozróżnienie jest kluczowe. Polska nadal może decydować, w jaki sposób wykonać obowiązek wynikający z Konwencji. Może stworzyć związki partnerskie, cywilne albo inną instytucję. Coraz trudniej jednak bronić stanowiska, że państwo może nadal decydować, czy w ogóle cokolwiek zrobić.
I właśnie w tym miejscu wieloletnia polityka legislacyjnej bezczynności zaczyna przynosić skutki odwrotne do zamierzonych. Im dłużej państwo nie tworzy własnych regulacji, tym więcej spraw trafia przed sądy. A każde kolejne orzeczenie może jeszcze bardziej ograniczać swobodę polskiego ustawodawcy.
Jeszcze kilka lat temu przeciwnicy zmian mogli twierdzić, że orzecznictwo ETPCz nie ma nic wspólnego z prawem Unii Europejskiej. A Unia nie ma kompetencji do regulowania krajowego prawa rodzinnego.
Formalnie jest w tym trochę prawdy. Prawo rodzinne rzeczywiście pozostaje domeną państw członkowskich. Tylko że państwa Unii nie wykonują swoich kompetencji w prawnej próżni.
Nawet w dziedzinach, które są w ich gestii, muszą przestrzegać prawa Unii – jeśli dana sytuacja wchodzi w zakres jego zastosowania. Muszą także ze respektować swobodę przemieszczania się, zasadę niedyskryminacji i prawa podstawowe chronione przez unijny porządek prawny.
I właśnie na tej podstawie TSUE zaczął tworzyć własną linię orzeczniczą dotyczącą sytuacji osób LGBT+. Jednym z jej najważniejszych punktów była sprawa Coman i inni przeciwko Rumunii.
Sprawa dotyczyła Rumuna, który w Belgii poślubił obywatela USA. Kiedy chcieli zamieszkać w Rumunii, pojawił się problem – rumuńskie prawo nie uznawało małżeństw jednopłciowych. TSUE musiał odpowiedzieć na pytanie, czy pojęcie „współmałżonka” w unijnych przepisach o swobodzie przemieszczania się obejmuje również małżonka tej samej płci. Trybunał odpowiedział: tak. Nie nakazał Rumunii wprowadzenia małżeństw jednopłciowych. Nie kazał zmieniać prawa rodzinnego. Stwierdził jednak, że państwo nie może powoływać się na własne przepisy w sposób, który pozbawia obywatela Unii możliwości korzystania z praw wynikających ze swobody przemieszczania się.Znaczenie tego wyroku wykraczało daleko poza kwestię prawa pobytu. TSUE zaczął wyznaczać granicę między prawem państwa do samodzielnego regulowania małżeństwa, a obowiązkiem respektowania sytuacji rodzinnej, która powstała legalnie w innym państwie członkowskim. W praktyce pojawiło się pytanie, które przez lata było ignorowane: czy człowiek może być małżonkiem w Berlinie, Madrycie czy Brukseli, a po przekroczeniu granicy innego państwa nagle stawać się dla administracji osobą obcą?Orzecznictwo TSUE coraz wyraźniej pokazuje, że odpowiedź nie może zależeć wyłącznie od politycznej woli krajowych władz.
Kolejnym ważnym etapem była sprawa C-713/23, Wojewoda Mazowiecki. Chodziło o dwóch obywateli Polski. Wzięli Oni ślub w Niemczech, a potem próbowali uzyskać transkrypcję zagranicznego aktu małżeństwa w Polsce.
TSUE stanął przed problemem, który w istocie dotyczył czegoś znacznie szerszego niż techniczna procedura wpisywania aktu do ksiąg stanu cywilnego. Chodziło o to, czy państwo członkowskie może całkowicie odmówić uznania sytuacji rodzinnej swoich obywateli, zaistniałej legalnie podczas korzystania przez nich ze swobody przemieszczania się.
Trybunał przyjął, że odmowa uznania małżeństwa dwóch obywateli Unii tej samej płci, legalnie zawartego w innym państwie członkowskim, może naruszać prawa wynikające z prawa Unii – w szczególności swobodę przemieszczania się i prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego.
I znowu: najważniejsze jest to, że obowiązek uznania małżeństwa dla celów wynikających z prawa Unii to nie to samo co obowiązek wprowadzenia małżeństw jednopłciowych do prawa krajowego. W debacie politycznej ta różnica bywa często pomijana. A z prawnego punktu widzenia ma znaczenie fundamentalne.
Państwo może zachować własne przepisy dotyczące zawierania małżeństw. Ale nie może ignorować skutków prawnych sytuacji rodzinnej, która powstała legalnie w innym państwie członkowskim – jeśli prowadziłoby to do naruszenia praw gwarantowanych przez Unię.
Jeśli ktoś sądził, że aktywność TSUE w sprawach LGBT+ ograniczy się do swobody przemieszczania się i uznawania małżeństw zawartych za granicą, najnowszy spór Komisji Europejskiej z Węgrami pokazuje coś innego. Kierunek zmian może być znacznie szerszy. Sprawa dotyczyła węgierskich przepisów, które – pod hasłem ochrony małoletnich – ograniczały możliwość prezentowania osobom poniżej osiemnastego roku życia treści dotyczących homoseksualności i tożsamości płciowej. Władze w Budapeszcie mówiły, że chodzi o ochronę dzieci. Komisja Europejska uznała, że pod pozorem realizacji tego celu wprowadzono rozwiązania dyskryminujące osoby LGBT+ i naruszające prawo Unii. Spór trafił przed Trybunał Sprawiedliwości.
Znaczenie tego orzeczenia wykracza daleko poza ocenę konkretnych węgierskich przepisów. Komisja powiązała naruszenia praw osób LGBT+ nie tylko z konkretnymi normami rynku wewnętrznego czy Kartą Praw Podstawowych, ale również z artykułem 2 Traktatu o Unii Europejskiej. I tutaj zaczyna się prawdziwie rewolucyjny aspekt całej sprawy.
Artykuł 2 Traktatu o Unii Europejskiej mówi, że Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego i poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Przez lata traktowano to głównie jako deklarację.
Sprawa przeciwko Węgrom pokazuje jednak, że ten przepis może być wykorzystany znacznie szerzej – jako punkt odniesienia przy ocenie działań państwa członkowskiego.
Jeśli ta linia się utrwali, konsekwencje mogą być poważne. Spory o prawa osób LGBT+ przestaną być analizowane tylko przez pryzmat pojedynczych dyrektyw, prawa pobytu, swobody świadczenia usług czy przepisów o uznawaniu dokumentów. Mogą stać się elementem znacznie większego konfliktu – o przestrzeganie fundamentalnych wartości, na których opiera się Unia Europejska.
Dla Polski ma to znaczenie, którego nie należy lekceważyć. W krajowej debacie każda rozmowa o prawnym uznaniu związków jednopłciowych prędzej czy później trafia na artykuł 18 Konstytucji. Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny znajduje się pod ochroną Rzeczypospolitej Polskiej. Część polityków traktuje ten przepis jak argument kończący dyskusję. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana. Czym innym jest konstytucyjna ochrona małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Czym innym – stworzenie odrębnej instytucji związku partnerskiego. A jeszcze czym innym – obowiązek uznania określonych skutków prawnych małżeństwa legalnie zawartego za granicą.
Poza tym Polska funkcjonuje jednocześnie w kilku powiązanych ze sobą porządkach prawnych. Jest związana własną Konstytucją, jest stroną Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i jest państwem członkowskim Unii Europejski.
Każdy z tych systemów ma inne instrumenty ochrony praw człowieka. Ale wszystkie coraz częściej spotykają się właśnie w sprawach dotyczących osób LGBT+.
Największy paradoks całej sytuacji jest taki, że wieloletnia odmowa uchwalenia jakiejkolwiek regulacji dotyczącej związków jednopłciowych może doprowadzić do skutków dokładnie odwrotnych od zamierzonych. Gdyby kilkanaście lat temu polski parlament uchwalił umiarkowaną ustawę o związkach partnerskich, mógłby samodzielnie określić jej konstrukcję, zakres praw i obowiązków oraz relację nowej instytucji do małżeństwa. Politycy jednak wybrali strategię bezczynności.
W rezultacie ludzie zaczęli szukać ochrony przed sądami. Każda kolejna sprawa prowadziła do powstawania nowych standardów.
Najpierw Strasburg uznał, że stabilne związki jednopłciowe stanowią życie rodzinne. Potem stwierdził, że państwa mają pozytywny obowiązek zapewnienia im odpowiednich ram prawnych.
Następnie Polska została uznana za odpowiedzialną za naruszenie artykułu 8 Konwencji.
Równolegle Luksemburg uznał, że małżeństwo dwóch osób tej samej płci nie może być ignorowane, jeśli prowadziłoby to do naruszenia praw wynikających ze swobody przemieszczania się. Teraz spór przeciwko Węgrom przenosi prawa osób LGBT+ na jeszcze wyższy poziom – wiążąc je z pytaniem o przestrzeganie fundamentalnych wartości Unii Europejskiej.
Zaczyna wyłaniać się z nich znacznie szersza konstrukcja prawna. Do Strasburga naprawdę dołączył Luksemburg.
Europejski Trybunał Praw Człowieka i Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej to zupełnie różne sądy. Działają w odmiennych systemach prawnych, opierają się na innych podstawach. Ale efekt ich działalności zaczyna prowadzić w podobnym kierunku. Strasburg mówi państwom: nie możecie zostawiać par jednopłciowych poza jakąkolwiek ochroną prawną.
Luksemburg przypomina: państwa członkowskie nie mogą wykonywać swoich kompetencji w sposób, który narusza prawa wynikające z członkostwa w Unii. A sprawa węgierska pokazuje, że systemowe działania wymierzone w osoby LGBT+ mogą być oceniane również w kontekście fundamentalnych wartości europejskiej wspólnoty.
Dla polskich polityków oznacza to jedno: czas, w którym można było po prostu nic nie robić, prawdopodobnie dobiega końca.
Polska nadal ma wybór. Może zdecydować, jak uregulować sytuację par jednopłciowych. Może prowadzić debatę o zakresie przyszłych regulacji. Może szukać rozwiązań zgodnych z krajowym porządkiem konstytucyjnym. Nie może jednak zakładać, że europejskie prawo będzie przez kolejne dziesięciolecia czekało, aż polscy politycy uznają, że społeczeństwo jest wreszcie gotowe. Przez lata wydawało się, że prawa osób LGBT+ mogą wejść do polskiego systemu tylko przez główne drzwi Sejmu. Dzisiaj widać, że zmiana może nastąpić zupełnie inaczej – poprzez kolejne wyroki, skargi, pytania prejudycjalne i postępowania przeciwko państwom członkowskim, które stopniowo będą tworzyły europejski standard ochrony prawnej.
Polska może nadal próbować zatrzymać tę zmianę na poziomie krajowej polityki. Problem w tym, że po Strasburgu do gry wszedł Luksemburg. A europejskie sądy coraz wyraźniej pokazują, że prawa osób LGBT+ przestają być kwestią, którą państwa mogą bez końca odkładać na później.