Na żywo

Hiacynt” po PRL. Co stało się z różowymi teczkami? Część II. Dokumenty, które miały być historią, a przez dekady pozostawały w strukturach państwa.

Funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej, styczeń 1985 r. Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Krzysztof Mokrzyszewski / Wikimedia Commons, domena publiczna

28 sierpnia, 2026

Kiedy w 1989 roku upadł PRL, można było sądzić, że wraz z nim kończy się również historia akcji „Hiacynt”. Milicja Obywatelska zniknęła, Służba Bezpieczeństwa została rozwiązana, a Polska zaczęła budować nowe instytucje. Tyle że dokumenty nie znikają razem z ustrojem. Zostają w szafach, archiwach, magazynach i prywatnych zbiorach. A jeśli zawierają informacje o życiu seksualnym tysięcy ludzi, ich wartość może rosnąć wraz z karierą osób, których dotyczą.

W pierwszej części opisaliśmy, jak państwo komunistyczne tworzyło kartoteki homoseksualnych mężczyzn: zbierało nazwiska, adresy, informacje o partnerach, miejscach spotkań i kontaktach towarzyskich. W połowie lat osiemdziesiątych były to materiały operacyjne. Po 1989 roku mogły jednak znaczyć coś zupełnie innego. Człowiek zapisany kiedyś jako student, urzędnik czy działacz opozycji mógł po kilku latach zostać posłem, ministrem, sędzią, biznesmenem albo wysokim funkcjonariuszem państwa.

Przez lata wokół „różowych teczek” narastała legenda. Jedni byli przekonani, że zostały zniszczone podczas likwidacji SB. Inni mówili, że przejęli je ludzie dawnych służb. Jeszcze inni zakładali, że całość trafiła do IPN i leży dziś w archiwum jako martwa dokumentacja historyczna.

Najnowsze badania pokazują jednak, że historia była znacznie bardziej skomplikowana. Duża część dokumentacji wcale nie zniknęła. Pozostawała w strukturach Policji, często przez całe dziesięciolecia.

Teczki poza IPN

Najważniejsze ustalenia przyniósł projekt badawczy prof. Ewy Majewskiej „Publiczni wbrew woli”. Badaczka zwróciła się do Komendy Głównej Policji i komend wojewódzkich, próbując ustalić, co właściwie stało się z dokumentacją „Hiacynta”. Odpowiedzi pokazały, że nie istniał jeden centralny zbiór, który po zmianie ustroju został po prostu przekazany historykom.

Szczecin miał być jedyną komendą wojewódzką, która przekazała do IPN komplet posiadanej dokumentacji związanej z operacją. W innych miejscach materiały pozostawały w policyjnych archiwach, miały różne klauzule i różny status. To właśnie ten fakt jest najważniejszy dla zrozumienia całej sprawy: „Hiacynt” przez lata nie był wyłącznie historią przechowywaną w archiwum pamięci narodowej. Był częścią dokumentacji pozostającej w strukturach bieżącego państwa.

W Łodzi zidentyfikowano między innymi trzy teczki oznaczone jako „TAJNE”, jedną „POUFNE” oraz materiały jawne. Dostępu do części z nich odmówiono, powołując się między innymi na ochronę pracy operacyjnej Policji oraz ich powiązanie z dokumentacją niejawną. Samo to sformułowanie brzmi dziś niezwykle mocno. Mówimy przecież o materiałach dotyczących operacji z połowy lat osiemdziesiątych.

Poznań: dokumenty zniszczono dopiero w 2018 roku

Jeszcze bardziej zastanawiający jest przypadek Poznania. Tam całość zachowanych akt związanych z „Hiacyntem” została wybrakowana dopiero w 2018 roku. Nie w czasie rozpadu PRL. Nie w pierwszych miesiącach likwidacji Służby Bezpieczeństwa. Nie podczas wielkiej reorganizacji aparatu bezpieczeństwa na początku lat dziewięćdziesiątych. Prawie trzydzieści lat po zmianie ustroju.

Formalnie brakowanie dokumentacji jest normalną procedurą archiwalną. Nie oznacza automatycznie próby ukrycia czegokolwiek. Ale w przypadku „Hiacynta” rodzi pytania, których trudno uniknąć. Co dokładnie znajdowało się w niszczonych aktach? Dlaczego nie trafiły wcześniej do IPN? Kto przez lata miał do nich dostęp? Czy zawierały dane osób, które w międzyczasie zrobiły kariery publiczne?

To właśnie tutaj kończy się wygodna opowieść o „zaginionych teczkach”. Część dokumentów nie zaginęła. Była przechowywana przez państwo przez wiele lat, a część została zniszczona już w dojrzałej III Rzeczypospolitej.

„Gorący kartofel”

W 2007 roku ówczesny prezes IPN Janusz Kurtyka przyznał w Senacie, że Instytut nie wykazywał szczególnej determinacji, by przejąć całość zbioru od Policji. Użył przy tym określenia, które do dziś pozostaje jednym z najbardziej wymownych komentarzy do sprawy: „gorący kartofel”. To zdanie warto potraktować poważnie. Jeżeli były to tylko stare materiały milicyjne, dlaczego miały być problemem? Odpowiedź może być banalna: ludzie, których dotyczyły, nadal żyli. Niektórzy mogli mieć rodziny, kariery i stanowiska. Intymna informacja z 1985 roku dwadzieścia lat później nadal mogła być równie kompromitująca, a czasem nawet bardziej.

Im wyższa pozycja osoby, której dotyczył dokument, tym większa potencjalna wartość samej informacji. Teczka nie musiała zawierać dowodu przestępstwa. Wystarczało, że zawierała tajemnicę.

1999: kiedy stare archiwa weszły do bieżącej polityki

Najbardziej widoczny polityczny konflikt wokół takich materiałów wybuchł w 1999 roku. Krzysztof Bondaryk był wtedy wiceministrem spraw wewnętrznych w rządzie Jerzego Buzka. Polska prowadziła lustrację, a państwo przeszukiwało ogromne archiwa poprzedniego systemu w poszukiwaniu dokumentów dotyczących osób pełniących funkcje publiczne.

W sierpniu 1999 roku „Gazeta Wyborcza” opublikowała tekst Jarosława Kurskiego „Na każdego coś jest?”. Pojawiły się zarzuty, że przy okazji poszukiwania materiałów potrzebnych do lustracji sięgano również do dokumentów dotyczących życia prywatnego: kochanek, problemów rodzinnych, alkoholu czy homoseksualności. W tym kontekście zaczęła pojawiać się również nazwa „Hiacynt”. Bondaryk zdecydowanie zaprzeczał, by tworzył kartoteki polityków albo wykorzystywał kompromitujące materiały. Nie ma publicznie dostępnego dowodu, że użył dokumentacji „Hiacynta” przeciwko konkretnej osobie. Sprawa była jednak na tyle poważna, że premier Jerzy Buzek zażądał raportu MSWiA, a Bondaryk niedługo później przestał być wiceministrem.

Ten epizod jest ważny nie dlatego, że rozstrzyga, kto miał rację. Pokazuje coś innego: już dziesięć lat po upadku PRL politycy i dziennikarze traktowali archiwalne informacje obyczajowe jako materiał, który mógł mieć znaczenie w bieżącej walce politycznej.

Lech Kaczyński pyta o „wykorzystanie” Hiacynta

Dziewięć lat później Bondaryk został kandydatem na szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Prezydent Lech Kaczyński skierował wtedy do premiera Donalda Tuska kilka pytań dotyczących jego kandydatury. Jedno z nich dotyczyło właśnie tego, czy Bondaryk próbował „przejąć i wykorzystać dokumentację tzw. akcji «Hiacynt»”. Rząd odpowiedział, że sugestia jest nieprawdziwa i ma charakter „faktu prasowego”. Bondaryk został szefem ABW. Nie przedstawiono publicznego dowodu potwierdzającego zarzut.

Sam fakt, że sprawa „Hiacynta” pojawiła się jednak w oficjalnej korespondencji między Prezydentem RP a premierem przy obsadzie stanowiska szefa ABW, pokazuje, że dokumentacja nie była traktowana jak marginalny historyczny zbiór. W najwyższych kręgach państwa możliwość jej wykorzystania uważano za problem na tyle poważny, że wymagał oficjalnego wyjaśnienia.

W tym miejscu warto krótko przypomnieć jeszcze jeden fakt. W materiałach związanych z tak zwaną „szafą Lesiaka” pojawiały się wytyczne dotyczące rozpoznania życia intymnego prezesa jednej z prawicowej – obecnie funkcjonującej partii politycznej, w tym sprawdzenia hipotezy homoseksualności.  Ten epizod pokazuje jednak, dlaczego archiwalne materiały obyczajowe mogły być tak wrażliwe. Służby III RP rzeczywiście interesowały się seksualnością polityków. Nie trzeba więc budować teorii o konkretnej „różowej teczce” konkretnego polityka, żeby dostrzec ryzyko. Wystarczy wiedzieć, że służby chciały zdobywać takie informacje, a państwo jednocześnie posiadało stare archiwa pełne danych tego rodzaju.

Kiszczak i druga rzeczywistość archiwów

Jeszcze długo po 1989 roku można było uważać historie o prywatnych archiwach ludzi dawnego systemu za element politycznych legend. Sprawa Czesława Kiszczaka pokazała jednak, że dokumenty służb rzeczywiście mogły opuszczać oficjalny obieg. Po śmierci byłego ministra spraw wewnętrznych okazało się, że w jego domu znajdowały się materiały wytworzone przez aparat państwa. Wśród zabezpieczonych dokumentów były między innymi słynne akta TW „Bolka”. Później ujawniono również większy prywatny zbiór Kiszczaka znajdujący się w Hoover Institution w Stanach Zjednoczonych. Nie ma dowodu, że w prywatnym archiwum Kiszczaka znajdowały się teczki „Hiacynta”. Jego przypadek ma jednak ogromne znaczenie dla całej historii. Pokazuje, że dokumenty służb PRL rzeczywiście mogły znaleźć się poza oficjalnymi archiwami, a państwo nie zawsze miało pełną kontrolę nad ich losem.

Jaroszewicz i legenda dokumentów, które mogły być warte więcej niż pieniądze

Podobną aurą od lat otoczona jest sprawa Piotra Jaroszewicza. Były premier PRL i jego żona Alicja Solska zostali zamordowani w 1992 roku w willi w warszawskim Aninie. Szczególną uwagę zwracało dokładne przeszukanie gabinetu Jaroszewicza, co stało się podstawą wieloletnich hipotez, że sprawcy mogli szukać dokumentów, a nie pieniędzy. Nie ma żadnego dowodu łączącego Jaroszewicza z „Hiacyntem”, a chronologia czyni taki związek bardzo mało prawdopodobnym. Jego historia jest jednak częścią większego obrazu pierwszych lat III RP, w którym dokumenty pozostawione przez poprzedni system miały realną wartość polityczną. Mogły kompromitować, potwierdzać współpracę, ujawniać tajemnice albo po prostu pozwalać kontrolować ludzi.

Najważniejsze pytanie: kto miał dostęp?

Nie mamy dzisiaj dowodu, że konkretna „różowa teczka” została wykorzystana do szantażu konkretnego polityka. Nie znamy też pełnej listy osób, które po 1989 roku przeglądały dokumentację „Hiacynta”. Wiemy jednak już wystarczająco dużo, żeby sprawy nie zamykać jako historycznej ciekawostki. Dokumentacja przetrwała zmianę ustroju. Nie została w całości przekazana do IPN. Przez lata pozostawała w Policji. Część miała status tajny lub poufny. Część zniszczono dopiero w 2018 roku. W 1999 roku wybuchła polityczna awantura dotycząca możliwości korzystania z kompromitujących materiałów obyczajowych. W 2008 roku urzędujący Prezydent RP oficjalnie pytał o próbę „przejęcia i wykorzystania” dokumentacji „Hiacynta”.

To wszystko nie dowodzi spisku. Dowodzi natomiast, że akta nie były przez całe trzy dekady spokojnym, zamkniętym zbiorem historycznym. Dlatego największa tajemnica „Hiacynta” nie brzmi dziś: gdzie zniknęły różowe teczki? Bardziej niewygodne pytanie jest inne: kto po 1989 roku miał do nich dostęp, co mógł w nich znaleźć i czy państwo jest dziś w stanie odtworzyć pełną historię ich wykorzystania?

Dopóki na te pytania nie ma jasnej odpowiedzi, „Hiacynt” pozostaje czymś więcej niż historią represji PRL. Pozostaje historią informacji, która mogła przeżyć system, który ją stworzył.

 

Oceń ten post

Na topie

Jeżeli prezydent zawetuje ustawę o statusie osoby najbliższej, wielu uzna, że temat praw osób LGBT+ w Polsce został definitywnie zamknięty. To...

Kiedy w 1989 roku upadł PRL, można było sądzić, że wraz z nim kończy się również historia akcji „Hiacynt”. Milicja Obywatelska zniknęła,...

W czerwcu na HBO Max zadebiutował serial „Proud”. Produkcja opowiada historię geja, modela, imprezowicza i narkomana, którego wciela się Ignacy Liss. Teraz...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *