Polka zginęła podczas berlińskiego Christopher Street Day, a kilkaset kilometrów dalej brutalnie pobito młodą ukraińską parę. Spraw tych nie można utożsamiać, ale łączy je niebezpieczny mechanizm: najpierw pojawia się propaganda wskazująca „wroga”, później nawoływanie do rozprawienia się z nim, a na końcu ktoś sięga po samochód, nóż, kamień albo pięść. Dla społeczności LGBT+ w Polsce to ostrzeżenie, którego nie wolno zlekceważyć. Wieczorem 25 lipca 2026 roku Berlin świętował wolność. Setki tysięcy ludzi uczestniczyło w Christopher Street Day – jednej z największych europejskich manifestacji na rzecz praw osób LGBT+. Około godziny 22 biały samochód dostawczy wjechał w ludzi znajdujących się w parku Tiergarten, a napastnik zaatakował ich również przy użyciu niebezpiecznego narzędzia. Zginęła 65-letnia Polka, która przyjechała na wydarzenie razem z dorosłą córką, a 29 osób zostało rannych.
Podejrzewanym o dokonanie zamachu był 21-letni Abdul Ballout, obywatel Niemiec pochodzenia libańskiego, wcześniej skazany za próby przyłączenia się do tzw. Państwa Islamskiego. Niemieckie służby znały jego radykalne poglądy, a mimo to pozostawał na wolności. Dzień po zamachu został zastrzelony przez policjantów, kiedy podczas próby zatrzymania ruszył w ich kierunku z bronią. To nie był przypadek. Niemieckie władze mówią o zamachu terrorystycznym wymierzonym w społeczność LGBT+ i otwarte społeczeństwo. Nie potwierdzono, że zabita Polka była działaczką LGBT+, ale uczestniczyła w wydarzeniu zorganizowanym w obronie praw tej społeczności i zginęła dlatego, że znalazła się w miejscu wybranym przez islamistycznego terrorystę jako cel.
Od religijnej nienawiści do fizycznej eliminacji
Radykalny islamizm nie ukrywa swojej wrogości wobec osób homoseksualnych i transpłciowych. W jego najbardziej skrajnej odmianie nie chodzi już o dezaprobatę religijną, lecz o odebranie osobom LGBT+ prawa do obecności w przestrzeni publicznej, a niekiedy również prawa do życia. Propaganda zaczyna się od przedstawiania homoseksualności jako zepsucia i zagrożenia dla wspólnoty, ale jej logicznym finałem staje się wezwanie do usunięcia „grzeszników”. Nie wolno przy tym obarczać odpowiedzialnością wszystkich muzułmanów. Wśród osób opłakujących ofiary zamachu byli queerowi uchodźcy oraz artyści pochodzący z państw muzułmańskich. Zagrożeniem nie jest pochodzenie sprawcy, lecz ideologia, która wykorzystuje religię do usprawiedliwienia terroru i fizycznej przemocy. Problem polega na tym, że środowiska LGBT+ w Europie często potrafią jednoznacznie nazwać homofobię skrajnej prawicy, ale znacznie ostrożniej mówią o homofobii islamistycznej. Zamach w Berlinie pokazuje, że takie przemilczenie nie chroni ani mniejszości religijnych, ani osób queerowych, chroni wyłącznie radykałów.
Polska nienawiść również ma swoich kaznodziejów
W Polsce zagrożenie przybiera inną postać. Od lat osoby LGBT+ są przedstawiane przez część skrajnej prawicy, środowiska nacjonalistyczne i grupy związane z agresywną kulturą stadionową jako „ideologia”, „zaraza” albo „zagrożenie dla dzieci i narodu”. Takie słowa nie są niewinną publicystyką. Ich funkcją jest odebranie konkretnym ludziom twarzy, godności i prawa do ochrony. Polska zna już następstwa podobnej propagandy. Podczas pierwszego Marszu Równości w Białymstoku w 2019 roku uczestnicy byli atakowani kamieniami, butelkami i petardami. W tłumie kontrmanifestantów znajdowali się skrajni nacjonaliści oraz agresywni kibice. Nie skończyło się na okrzykach, ponieważ język pogardy bardzo szybko zamienił się w fizyczne polowanie na ludzi niosących tęczowe flagi. Dzisiaj ten sam mechanizm jest coraz częściej kierowany przeciwko Ukraińcom. We Wrocławiu 20-letnia Ukrainka i jej 21-letni partner zostali brutalnie pobici po sprzeczce w sklepie. Według relacji rodziny agresję wywołał ukraiński akcent kobiety, a policja bada motyw narodowościowy. Zatrzymano dwóch mężczyzn, wcześniej wielokrotnie notowanych . Nie potwierdzono, że byli oni związani z konkretnym ruchem kibicowskim, jednak napaść wydarzyła się w atmosferze, w której część polityków, internetowych radykałów i nacjonalistycznych grup od miesięcy buduje obraz Ukraińca jako wroga Polski. Kiedy brutalna przemoc wobec jednej mniejszości zostaje społecznie zaakceptowana, lista celów nigdy nie pozostaje zamknięta. Dzisiaj napastnik reaguje na ukraiński akcent, jutro na tęczową przypinkę, a pojutrze na wygląd osoby transpłciowej. Ideologie skrajnie nacjonalistyczne potrzebują kolejnych wrogów, ponieważ bez nich tracą paliwo pozwalające mobilizować ludzi poprzez strach i agresję.
Islamiści i nacjonaliści spotykają się pod tęczową flagą
Islamistyczny fanatyk i polski skrajny nacjonalista mogą uważać się za śmiertelnych przeciwników, ale wobec społeczności LGBT+ mówią zaskakująco podobnym językiem. Jeden twierdzi, że broni religii przed grzechem, drugi, że broni narodu przed „ideologią”. Jeden chce wyrzucić osoby LGBT+ ze wspólnoty wiernych, drugi ze wspólnoty narodowej. W obu przypadkach cała grupa ludzi zostaje przedstawiony jako zagrożenie, które należy uciszyć, wypędzić albo fizycznie „usunąć”. Największym błędem byłoby uznanie, że nawoływanie do nienawiści pozostaje tylko radykalną opinią. Słowa przygotowują sprawcę do działania, podsuwają mu cel i przekonują, że przemoc będzie aktem obrony, a nie przestępstwem. Terrorysta z Berlina nie zaczął od wjechania samochodem w tłum. Najpierw przyjął ideologię, która odebrała jego przyszłym ofiarom człowieczeństwo. Podobnie było w Białymstoku, gdzie zanim poleciały kamienie i petardy, przez wiele miesięcy osoby LGBT+ nazywano zagrożeniem dla Polski. Tak samo dzieje się obecnie z Ukraińcami: zanim pojawia się pięść, wcześniej padają tysiące słów o „pasożytach”, „banderowcach” i rzekomym odbieraniu Polakom ich kraju.
To już nie jest wojna na słowa
Odpowiedzią na narastającą przemoc nie może być zmuszanie kogokolwiek do ukrywania swojej tożsamości, pochodzenia ani poglądów. Ani osoby LGBT+, ani Ukraińcy, muzułmanie, uchodźcy czy przedstawiciele innych mniejszości nie powinni rezygnować z obecności w przestrzeni publicznej tylko dlatego, że radykałowie próbują zastraszyć ich groźbami, propagandą albo fizyczną agresją. Potrzebna jest skuteczna ochrona wszystkich osób narażonych na przestępstwa z nienawiści, niezależnie od tego, przeciwko komu w danym momencie skierowana zostaje społeczna pogarda.
Zamach w Berlinie oraz pobicie ukraińskiej pary we Wrocławiu pokazują, że nienawiść może zmieniać język, symbole i wybierane przez siebie ofiary, jednak jej mechanizm pozostaje ten sam. Najpierw człowieka określa się jako „zarazę”, „zdrajcę”, „pasożyta” albo zagrożenie dla narodu, później odbiera mu się prawo do publicznej obecności, a na końcu ktoś uznaje przemoc za dopuszczalną formę obrony własnej wspólnoty.
W Berlinie ta granica została przekroczona. Samochód wjechał w ludzi świętujących pod tęczowymi flagami, zginęła obywatelka Polski, a dziesiątki osób zostały ranne. We Wrocławiu ukraiński akcent mógł wystarczyć, aby młoda para stała się celem brutalnej napaści. Obie historie przypominają, że przyzwolenie na nienawiść wobec jednej grupy wcześniej czy później obraca się przeciwko następnej. Nikt nie powinien być zmuszany do ukrywania tęczowej flagi, narodowości, języka, religii ani własnej tożsamości. Bezpieczeństwo nie może być przywilejem większości, lecz prawem każdego człowieka. Jeżeli państwo pozwoli radykałom decydować, kto może bezpiecznie chodzić po ulicy, wówczas przemoc nie zatrzyma się ani na osobach LGBT+, ani na Ukraińcach. Będzie jedynie szukała kolejnego celu.