15 listopada 1985 roku tysiące Polaków rozpoczęło dzień jak każdy inny. Jedni szli do pracy, inni na uczelnię, jeszcze inni wychodzili z domu przekonani, że czeka ich zwyczajna sobota. Nie wiedzieli, że już od wielu miesięcy ich nazwiska krążyły w dokumentach Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. Dla aparatu państwowego nie byli podejrzani o konkretne przestępstwo. Wystarczyło, że należeli – lub zostali uznani za należących – do środowiska homoseksualnych mężczyzn.
Tego dnia rozpoczęła się jedna z najbardziej tajemniczych i jednocześnie najmniej rozliczonych operacji specjalnych schyłkowego PRL-u – akcja „Hiacynt”. W kolejnych latach miała objąć co najmniej kilkanaście tysięcy osób, pozostawiając po sobie tysiące kartotek, protokołów i fotografii oraz traumę ludzi, którzy po raz pierwszy przekonali się, że państwo może uczynić narzędzie kontroli z ich najbardziej prywatnej sfery.
Co znamienne, homoseksualność nie była w Polsce przestępstwem. Już Kodeks karny z 1932 r. nie penalizował dobrowolnych relacji homoseksualnych między dorosłymi. W połowie lat osiemdziesiątych władza nie ścigała więc ludzi za czyn zabroniony. Zamiast tego tworzyła rozbudowany system ewidencji obywateli wyłącznie ze względu na ich orientację seksualną.
Operacja większa niż trzy listopadowe dni
W powszechnej świadomości funkcjonuje przekonanie, że „Hiacynt” był jednorazową akcją przeprowadzoną jesienią 1985 roku. Archiwa pokazują jednak obraz znacznie bardziej złożony. Historycy potwierdzili trzy główne fale działań: w listopadzie 1985 r., we wrześniu 1986 r. i w październiku 1987 r. – ale dokumenty wskazują również na szereg dodatkowych operacji prowadzonych przez komendy wojewódzkie Milicji Obywatelskiej. W praktyce oznacza to, że „Hiacynt” był procesem rozłożonym w czasie, a nie pojedynczym wydarzeniem.
W zachowanych materiałach IPN pojawiają się określenia „rozpoznanie”, „ewidencjonowanie”, „analiza środowiska” czy „ustalanie kontaktów osobowych”. Już sam język dokumentów pokazuje, że nie chodziło wyłącznie o prowadzenie konkretnych postępowań karnych – celem było stworzenie możliwie pełnej mapy środowiska homoseksualnych mężczyzn w Polsce.
Jak wybierano osoby do zatrzymań
Milicja korzystała z wcześniej prowadzonych kartotek, informacji operacyjnych, donosów oraz danych uzyskanych podczas przesłuchań. Charakterystyczną cechą operacji było tworzenie sieci powiązań. Osoba wezwana na komendę była pytana nie tylko o własne życie, lecz także o partnerów, znajomych i miejsca spotkań. Każde kolejne nazwisko mogło prowadzić do kolejnych wezwań i kartotek.
Zatrzymań dokonywano w mieszkaniach, zakładach pracy, akademikach, hotelach czy miejscach spotkań homoseksualnych mężczyzn. Dla wielu osób największym upokorzeniem nie było samo przesłuchanie, lecz fakt, że funkcjonariusze pojawiali się publicznie, często na oczach współpracowników lub rodziny, ujawniając w ten sposób informacje, które dotąd pozostawały wyłącznie elementem życia prywatnego.
Co działo się na komendach
Relacje świadków są do siebie zaskakująco podobne. Funkcjonariusze legitymowali zatrzymanych, wykonywali fotografie, pobierali odciski palców oraz prowadzili szczegółowe rozmowy dotyczące życia intymnego. Pytali o partnerów, liczbę znajomości, miejsca spotkań, kontakty zagraniczne, sytuację zawodową, a nawet relacje rodzinne.
Wspomnienia wielu uczestników operacji mówią również o podpisywaniu oświadczeń określanych później jako „karty homoseksualisty”. Badacze podkreślają jednak, że nie odnaleziono dotąd jednego centralnego wzoru takiego formularza. Nie oznacza to, że świadectwa ofiar są niewiarygodne. Najprawdopodobniej w różnych komendach stosowano odmienne formularze lub protokoły zawierające podobne treści.
Oficjalne uzasadnienie i rzeczywistość
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych tłumaczyło operację potrzebą walki z przestępczością, prostytucją, szantażami oraz rosnącym zagrożeniem epidemią HIV/AIDS. W dokumentach rzeczywiście pojawiają się odwołania do tych problemów, nie sposób jednak pominąć oczywistej dysproporcji między deklarowanym celem a zastosowanymi metodami.
Jeżeli rzeczywistym zamiarem była walka z rozbojami lub ochrona ofiar szantażu, trudno wyjaśnić potrzebę tworzenia rozległych kartotek obejmujących osoby, wobec których nie istniały żadne podejrzenia popełnienia przestępstwa. Jeszcze trudniej uzasadnić gromadzenie danych dotyczących ich życia seksualnego, partnerów i środowiska towarzyskiego.
Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że akcja „Hiacynt” była czymś znacznie więcej niż policyjną operacją prewencyjną. Była próbą zbudowania przez państwo szczegółowej wiedzy o grupie obywateli, którzy nie złamali prawa, lecz zostali uznani za środowisko wymagające szczególnego nadzoru.
Strach jako narzędzie władzy
Najdotkliwszym skutkiem akcji nie były nawet same przesłuchania. Była nim świadomość, że państwo posiada informacje zdolne zniszczyć życie prywatne człowieka. W realiach PRL ujawnienie orientacji seksualnej mogło oznaczać utratę pracy, rozpad rodziny, zakończenie kariery zawodowej lub trwałe napiętnowanie społeczne.
To właśnie dlatego wielu historyków uważa dziś, że największym celem operacji nie było zatrzymanie sprawców konkretnych przestępstw, lecz stworzenie mechanizmu pozwalającego kontrolować całe środowisko poprzez wiedzę o jego najbardziej intymnych tajemnicach.
Do dziś nie udało się ustalić pełnej liczby osób objętych akcją. Szacunki wahają się od około 11 do ponad 14 tysięcy ludzi. Równie niejasny pozostaje los znacznej części dokumentacji. Wiadomo jedynie, że państwo wytworzyło ogromny zbiór informacji o obywatelach, którego historia nie kończy się wraz z upadkiem PRL.
I właśnie tam rozpoczyna się drugi, znacznie bardziej kontrowersyjny rozdział historii akcji „Hiacynt”. Oprócz kwestii, dlaczego takie kartoteki powstały, pojawia się pytanie, co się z nimi stało po 1989 roku i czy wszystkie rzeczywiście trafiły do archiwów. Odpowiedź od blisko czterdziestu lat pozostaje jedną z największych zagadek polskich służb specjalnych.